|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi na inne fascynujące tematy
Ciekawe strony o psach
Strona hodowli
![]() Utwórz swoją wizytówkę |
środa, 09 maja 2012
Organizacje zajmujące się prawami zwierząt alarmują, że przed zbliżającymi się rozgrywkami Euro 2012 na Ukrainie masowo zabijane są bezpańskie psy. W związku ze skalą okrucieństwa wobec zwierząt namawiają do bojkotu imprezy. Może słusznie, bo czego można spodziewać się po ludziach, którzy tak traktują swoje zwierzęta? Nie jest to pierwsze tego typu zdarzenie. Przez olimpiadą w Pekinie władze wydały nakaz oczyszczenia miasta z bezdomnych psów i kotów argumentując, że roznoszą one groźne choroby. Rozpoczęła się masowa akcja wyłapywania zwierząt, tłuczenia ich na śmierć drewnianymi pałkami, wywożenia za miasto, gdzie były zabijane (i często zjadane). Aż trudno się oprzeć porównaniu do chińskiej rewolucji kulturalnej, która w najgorętszym okresie w podobny sposób traktowała „wrogów ludu” (chociaż po zabiciu raczej nie byli zjadani).
Jako przestrogę chciałabym przypomnieć historię, która wydarzyła się w 1911 roku w Istambule. W mieście mieszkało wiele bezpańskich i błąkających się psów, żyjących swoim życiem. Zdarzało się, że atakowały ludzi, być może roznosiły też jakieś choroby. Władze Istambułu postanowiły oczyścić miasto wywożąc wszystkie psy na niezamieszkaną przez ludzi wyspę, gdzie prawdopodobnie większość z nich zmarłaby śmiercią głodową lub została pożarta przez współbratymców. Niedługo po tym Istambuł nawiedziło trzęsienie ziemi. Nękani wyrzutami sumienia mieszkańcy odebrali to jako karę niebios za swoje okrutne postępowanie wobec psów. Postanowili je przewieźć z powrotem do miasta. Znowu mogły błąkać się po ulicach. Do historii tej nawiązuje polska artystka Joanna Rajkowska w cyklu Psy z Üsküdar.
poniedziałek, 07 maja 2012
Wraz z nadejściem wiosny do życia obudziły się kleszcze. Pomimo zakraplania Fiprexu z każdego spaceru do lasu muszę z psów wyciągać kilka mniej lub bardziej żywych kleszczy. Każdy, kto miał choć przez moment do czynienia z tymi pasożytami wie, jakie są obrzydliwe i jak trudno się je usuwa. Do tej pory stosowałam pęsetę, co nie było zbyt dobre, bo często urywało głowę kleszcza, która zostawała w psie. Niby nic takiego, ale człowiek zaczyna panikować myśląc, jakie paskudne bakterie mogą zostać wstrzyknięte z tej głowy do psa, który może zachorować. Zimą dostałam jako gratis do zakupów w sklepie zoologicznym niepozorne urządzenie do wyciągania kleszczy. Małe kawałki plastiku, wyglądające jak łopatka. Zupełnie nie budzące zaufania, że coś takiego może być do czegokolwiek przydatne. Jednak ostatnio miałam okazję je wypróbować i o dziwo sprawdziły się. Można tym usunąć kleszcze małe i większe i to w całości! W dodatku paskudnego kleszcze w ogóle nie trzeba dotykać. Wygląda to tak: W opakowaniu: A to instrukcja obsługi. Rzeczywiście jest tak prosta, jak na rysunku
wtorek, 24 kwietnia 2012
W ostatnią niedzielę po raz 47 odbyła się w Lublinie krajowa wystawa psów rasowych. Tym razem tłumaczyłam na ringu u brytyjskiego sędziego Richarda Kinseya, który oceniał pinczery, sznaucery, dobermany, leonbergery i jamniki. Po raz kolejny miałam okazję zobaczyć wystawę z innej perspektywy, bez emocji związanych z wystawianiem psa oraz z bliska przyjrzeć się pracy sędziego. Jak oceniał Richard Kinsey? Miałam wrażenie, ze bardzo życzliwie. W każdym psie starał się przede wszystkim dostrzec zalety i to przede wszystkim znalazło się w opisach. Oczywiście, wskazywał też na niedoskonałości w budowie psa oraz kilka razy doradzał wystawcom, co mogą poprawić w handlingu i przygotowaniu szaty psa. W przypadku gorszych ocen dodatkowo uzasadniał wystawcom swoją decyzję, co wydaje mi się bardzo eleganckim zachowaniem. Większość wystawców bardzo przeżywa gorszy wynik psa, więc takie zachowanie sędziego może trochę łagodziło rozczarowanie. Łagodnie traktował psy, które zamiast biegać wokół ringu rozkładały się na nim jak na plaży. Pan Richard oceniał bardzo rzetelnie, dokładnie. Psy oraz sędziowanie są jego pasją i w tym, jak opisywał niektóre psy widać było zachwyt ich urodą. Poza tym zwracał dużą uwagę na ruch, indywidualnie oceniał każdego psa w ruchu. Z tą fascynacją ruchem związana jest anegdota. Ktoś ufundował puchar dla najlepszego sznaucera, więc pod koniec sędziowania Richard Kinsey miał jeszcze spośród wszystkich zwycięzców rasy dokonać wyboru najpiękniejszego. Część psów było już na ringu, ale jeszcze czekaliśmy na spóźnionych. Nie bardzo wiadomo było co robić. Sędzia rzucił: 10 razy dookoła. Nie bardzo zrozumiałam, o co chodzi, więc wyjaśnił: „Przetłumacz, żeby przebiegli 10 razy dookoła ringu”. Gdy przetłumaczyłam, zgromadzeni ze zgrozą popatrzyli najpierw na siebie, później na sędziego, a ten ze śmiechem powiedział: „Żartowałem” i atmosfera rozluźniła się. Gdy wszyscy zebrali się już na ringu zakończyło się na jednym czy dwóch okrążeniach ringu i sędzia dokonał wyboru najlepszego sznaucera. Stojąc z boku uświadomiłam sobie coś, czego nie zauważyłam sama wystawiając swoje psy. Sama uroda to nie wszystko, a brak umiejętności ładnego pokazania psa w ruchu czy ustawienia go może bardzo wpłynąć na ocenę. Pies może być ładny, ale jeśli nie będziemy w stanie zachęcić go do ładnego i płynnego poruszania się, to nie zaprezentuje swoich zalet. Jeśli ze zdenerwowania nie sprawdzimy, czy pies nie stoi krzywo powyginany i tak będzie prezentował się do oceny, to w porównaniu z ładnie ustawionym zwierzakiem sporo traci. To wszystko jest oczywistością dla doświadczonych wystawców i handlerów, ale patrząc z boku widać, że sporo osób o tym zapomina lub nie zdaje sobie z tego sprawy. Nie tak łatwo zapanować nad ustawieniem czterech łap, gdy własne kolana trzęsą się ze zdenerwowania...
piątek, 13 kwietnia 2012
Trudno wyliczyć wszystkie mądrości Wani. Podczas wiosennego spaceru wiele z nich ujawniło się. Wania, mistrz tao.
Podczas spacerów Wania unika wytyczonych szlaków i uczęszczanych dróg. Podąża własną drogą tao, niekiedy prowadząc za sobą uczennice. Lub podążając za tymi, którzy zmierzają w podobnym kierunku. Lao Tse pisze: „Ten, kto naprawdę umie wędrować- obywa się bez traktów i śladów na drodze.” Obserwując tego ciężkawego szkocika unoszącego się ponad ziemią Lao Tse musiałby stwierdzić: „Ciężar jest podstawą lekkości. Spokój włada ruchem”. Wania jest bardzo czystym psem. Uwielbia dbać o siebie, zażywać orzeźwiających kąpieli wodnych i błotnych. Dzięki temu jej szata jest w świetnej kondycji, a kontakt z wodą działa kojąco, podobnie jak kontakt z mądrością tao. Lao Tse pisał: „Kto inny byłby zdolny do tego, by to, co jest mętne, stopniowo oczyścić? Kto inny zdolny by był do tego, by temu, co się zastało, stopniowo nadawać ruch ku życiu? Kto w taki sposób dao uchwycił, nie pragnie spełnienia.” Może i Wania wygląda na tępaka, ale to tylko pozór kryjący geniusz i potęgę myśli. Przemyślanych strategii prowadzenia walki mógłby się od niej uczyć zarówno Machiavelli jak i Lao Tse. Można na przykład udawać martwego szkota, a gdy zaciekawiony przeciwnik podejdzie, pewny już swego triumfu, rzucić się mu do gardła. Czyli, jak cytowany wielokrotnie mitrz: „Nie ma większego niebezpieczeństwa nad lekceważenie wroga.” Przekonała się o tym airedale Flopi. To, co rozegrało się później wyglądało, jak sceny z filmu „Przyczajony airedale, ukryty szkot.”
Można także użyć innego wybiegu, jak wtedy, gdy mały szkocik wie, że nie będzie mógł odebrać kija większemu przeciwnikowi. Szarpanie się, stawanie do otwartej konfrontacji jest bezowocnym wysiłkiem. W takiej sytuacji można przebrać się za nie-wiadomo-co. Przeciwnik będzie tak zadziwiony, przerażony, lub rozbawiony, że sam wypuści kija z paszczy. Mędrzec pisze: „Mądry [szkot] siebie samego usuwa w cień, zamiast stawiać siebie na pierwszym miejscu”.
Na pożegnanie Wania macha Państwu łapką jeszcze raz cytując Lao Tse: „Choć- jak nieociosany kloc- nic nie znaczy, nie ma na świecie nikogo, kto mógłby nią rządzić”.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Przed świętami dotarły do mnie zamówione obroże i smycze Activdog. Do tego zamówienia zbierałam się co najmniej od roku. „Wszyscy” już je mięli, a ja wciąż nie mogłam się zdecydować. Pierwsza trudność to olbrzymi wybór. Nie będę liczyć, ile czasu spędziłam zastanawiając się, które taśmy będą lepiej pasować oraz czy wybrać raczej polar o kolorze wrzos, sprany róż czy fuksja, nitkę turkusową, czy niebieską? Jak to się mówi: osiołkowi w żłobie dano... Drugi problem polega na tym, że nie do końca wiadomo, co się zamawia. Na stronie wprawdzie jest napisane o kilku rodzajach obroży, smyczy, obroży zaciskowych oraz modelach szelek (sportowe, guard, step in), ale nie wiadomo, co jest czym. Wybór na pewno ułatwiłby kolejny krok, w którym można by było wybrać model obroży, szelek czy smyczy w odpowiednim rozmiarze i zamówionej kolorystyce. Długo na stronie nie było żadnego cennika, więc żadnej wskazówki, ile te ręcznie szyte cuda będą kosztować. Teraz szacunkowe ceny są zamieszczone, jednak nie pod odrębnym linkiem, ale trzeba poszukać na stronie. Jednak w końcu z pomocą koleżanki, która zestaw Activdoga miała, chwaliła go sobie i orientowała się w zawiłościach zamawiania, udało mi się zestawy zakupić. Pierwsze wrażenie: są solidne. To zarówno komplement odnośnie starannego wykonania, ale także opis wielkości. Tasiemka, taśma i polarek daje w efekcie obrożę o szerokości prawie 3 centymetrów. To dwa razy więcej niż szerokość obroży, które moje terierki nosiły do tej pory. Smycz z taśmy o szerokości 2 centymetrów na żywo także wygląda solidnie- jest dużo grubsza niż ta, której używałyśmy do tej pory. Okucia i sprzączki także są duże i solidne. Wydaje mi się, że ta „solidność” jeśli chodzi o rozmiar świetnie sprawdza się w przypadku średnich i dużych psów. W przypadku mniejszych piesków przydałaby się sugestia, żeby wybierać najcieńsze taśmy (1.5 cm) i najmniejsze okucia. A teraz czas na komplementy. Swego czasu eksperymentowałam z szyciem obróżek dla moich psów. Teraz patrzę na jakość wykonania smyczy, obroży i szelek Activdog i mogę powiedzieć tylko jedno: rewelacyjna. Po tym, gdy przypomnę sobie, jak męczyłam się z maszyną do szycia i wykonaniem różnych szczegółów pozostaje mi tylko schylić głowę z szacunkiem dla precyzji wykonania. Moja mama, oglądając zestaw, który kupiłam dla Wiki oceniła go jednym słowem: „Milutkie”. Chodziło jej o wyścielenie szelek i obroży polarkiem- w dotyku jest to na prawdę milutkie. Najbardziej podoba mi się pomysł wyścielenia rączki od smyczy polarem. Dzięki temu jest tak miła w dotyku, że aż chce się wyjść z psem na spacer (niezależnie od pogody). Nie wiem jeszcze, jak ten polarek będzie zachowywał się w trakcie noszenia, ale pierwsze wrażenie jest rewelacyjne. Poza wyścieloną polarem rączką bardzo podobała mi się smycz amortyzująca („lina z amortyzatorem”). To coś ukryte jest w dziale „dog trekking”. Zakupiłam takie coś dla Wiki, która chodzi z rodzicami na nordic walking (czyli zapewne uprawia dog trekking). Zwyczajna smycz zakończona jest jakby gumą, dzięki której pies mniej czuje szarpnięcia- są one amortyzowane przez tą gumę. Wydaje mi się, że coś takiego może sprawdzić się nie tylko w sportach kynologicznych, ale także w przypadku psów, które na spacerach mają skłonność do wąchania, ociągania się. Guma amortyzuje wtedy ciągnięcie właściciela i pies nie odczuwa wtedy tak dotkliwie szarpnięcia na swojej szyi. Do tej pory nie spotkałam smyczy z amortyzatorem w sklepach zoologicznych, więc rzecz jak najbardziej rewelacyjna. I w końcu kolory zestawu. Co innego komponować coś wirtualnie, a co innego zobaczyć na żywo. Ze swojej twórczości jestem zadowolona. Chociaż o dziwo najbardziej podoba mi się zestaw Wiki, nad którym najmniej się zastanawiałam (wytyczne były proste- ma być coś czerwonego). I rzeczywiście w czerwonym Wika wygląda świetnie. W swoich zestawach Sara i Wania też bardzo mi się podobają. Wypiękniały. Na spacerach aż nie mogę od nich wzroku oderwać. Z drugiej strony, słyszałam opinie osób nie do końca zadowolonych z wyboru swojego zestawu kolorystycznego. To, co wirtualnie wydawało się fajne, w rzeczywistości okazuje się nieco inne. Ale taki jest urok zakupów przez Internet. Jeśli chodzi o cenę, to artykuły Activdog plasują się w tym samym przedziale, co dobrej jakości artykuły dla psów. Jak dla mnie, są warte tej ceny. Podsumowując, wyroby Activdog są bardzo fajne, wręcz hmm, hipsterskie. I uzależniają. Od kiedy dostałam swoje zestawy zastanawiam się, jak Wania wyglądałaby w obroży w czachy z napisem „punk” (tak, jest taka taśma do wyboru). To świetnie podkreślałoby jej charakter. A dla Sary bardzo by się przydała smycz z amortyzatorem, i taka czerwona obroża jaką ma Wika... A tak wyglądają obroże na psach: Wania Wania w obroży zaciskowej Sara Sara i Wika Psy w kompletach- widać zdobione smycze oraz smycz z amortyzatorem u Wiki oraz szelki Wiki (także Activdog) Na pierwszym planie szelki Wiki i smycz z amortyzatorem
środa, 04 kwietnia 2012
Od mojego powrotu z drugiego wyjazdu do Indii minęło już trochę czasu, jednak niekiedy ogarnia mnie nostalgia. Porównuję życie w Indiach do życia w Europie i myślę, że wiele możemy się nauczyć. W Indiach byłam w lutym, więc był to sezon wysypu szczeniaków. Na ulicach można było spotkać suki ze szczeniakami, suki z sutkami obwisłymi od karmienia. Żyły w pobliżu ludzi, nie niepokojone, a czasem nawet otaczane opieką. Jacyś litościwi ludzie rzucali sukom i szczeniakom resztki jedzenia. Kto przeżyje, ten będzie żył. Szczeniaki uczyły się życia na ulicy. Ta bujność zadziwiała mnie, byłam zafascynowana tymi szczeniakami, jeszcze ślepymi, spokojnie śpiącymi w jakimś zagłębieniu przy ulicy. Przecież polskie rozwiązanie jest banalnie okrutne: jak coś się niechciane uplęgło, to utopić w rzece, albo wyrzucić na śmietnik. Chłopiec bawiący się ze szczeniakami w Rishikeshu Suka karmiąca szczeniaki A tu kilku dniowe, jeszcze ślepe szczeniaki śpiące w przygotowanym legowisku na ulicy Szkoła przeżycia
Zadziwia życie- niezliczona ilość żyjących istot w Indiach. I tu wcale nie chodzi o ludzi, których jest mnóstwo, ale o różnorodność żywych stworzeń, które można spotkać na ulicach, w miastach, miasteczkach i wsiach. Psy, krowy, osły, małpy, wiewiórki i inne gatunki żyjące w pobliżu ludzi. W porównaniu z Indiami Europa wygląda jak pustynia. Krowy na ulicy nie uświadczysz. Przyznam, że po powrocie nieco mi brakowało tych ciekawskich, z godnością spacerujących krów, a także pozostałych zwierząt. U nas psy zostały przypisane do właścicieli, domów, bud, a wszelkie nadliczbowe pozamykane w schroniskach. Na ulicy jest porządek, każda istota na swoim miejscu, posegregowana. Wszystko nadliczbowe zaraz zostanie zawiezione do specjalnej instytucji. Śpiące psy w centrum Delhi Krowy na ulicy w Rishikeshu Odpoczynek nad wodą- Ganges w Rishikeshu Dokarmianie krowy- Haridwar Puszkar- growy i gołębie na ghacie wokół jeziora. Zwierzęta są dokarmiane przez myjących się ludzi Bardzo podobał mi się szacunek do zwierząt w Indiach. Jeden ze spotkanych ludzi tłumaczył, że kto karmi krowy, psy, gołębie czy inne stworzenia, ten wykonuje dobry uczynek i zbiera dobrą karmę. Taka osoba jest uznawana za dobrą, cieszy się szacunkiem. I rzeczywiście, widywałam wiele osób karmiących bezdomne psy, krowy czy kupujących ziarno dla gołębi. Myślę, że tak często powtarzany u nas argument, że zwierzęta srają i brudzą tam wywołałby olbrzymie zdziwienie. Przecież wszystko, co żyje, musi wydalać- takie jest życie. Kilka dni po powrocie do Polski na jednym z portali internetowych znalazłam długi artykuł, a pod nim jeszcze dłuższą dyskusję „jak pozbyć się gołębi”. Szczegółowo dyskutowano różne mniej i bardziej humanitarne sposoby „pozbycia się”, łącznie ze stosowaniem trucizny. Cóż, kolejna różnica kulturowa. I jeszcze jedna: osoby dokarmiające zwierzęta w Polsce raczej nie cieszą się powszechnym szacunkiem. Pan dzielący się obiadem z bezdomnym psem- Delhi Z tym psem ktoś podzielił się obuwiem Bardzo ciekawa scena z Haridwaru- wychodzący na spacer z psem właściciel niesie siatkę przysmaków, którymi dokarmia biegające po okolicy bezdomne psiaki. Wegetarianizm jest bardzo popularny, w wielu miejscowościach w ogóle nie można kupić mięsa- ani w restauracjach, ani w sklepach. Indie są rajem dla osób o różnorodnych upodobaniach kulinarnych. Jeden ze spotkanych po drodze Polaków nie mógł jeść produktów z mleka z powodu nietolerancji laktozy. Bardzo się cieszył, że w Indiach nikogo nie dziwiło pytanie, czy potrawa zawiera mleko ani prośba o danie bez dodatku mleka, masła czy śmietany. W Polsce taka prośba uznawana była za co najmniej dziwaczną.
Co jakiś czas można usłyszeć lament, że kultura europejska to „cywilizacja śmierci”. Po pobycie w Indiach coraz bardziej się z tym zgadzam, chociaż z zastrzeżeniem, że wcale nie chodzi o usuwanie płodów czy zabiegi zapłodnienia in vitro. Europa rzeczywiście wydaje się wymarła, pozbawiona różnorodności form życia, zdominowana przez jeden gatunek. Jakby na potwierdzenie tych rozmyślań podczas spaceru z psami natknęłam się na dwie osoby prowadzące dyskusję. „Ja to nie uważam psów w mieście” powiedziała jedna, a druga przytaknęła. Pewnie, miasta powinny być tylko dla ludzi, Polska dla Polaków (zwierzęta obywatelstwa nie posiadają). A każdą niezabudowaną przestrzeń w miastach zabetonujmy, żeby przypadkiem nie zaplęgły się tam jakieś robaki, szczury czy gołębie. Będzie sterylnie i czysto- jak w kostnicy.
wtorek, 27 marca 2012
Sezon wiosennych spacerów uważam za otwarty. Na ścieżkę rowerową wrócili rowerzyści i rolkarze, na łąki wylazła zwierzyna. Wszystko to sprawia, że spacery mają dodatkową szczyptę emocji.
Wania może i wygląda jak mumin, ale wciąż ma instynkt łowiecki. Złapała coś w pysk i biegała po łące potrząsając. Okazało się, że to kret. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, usłyszałam trzask miażdżonych kości. Nie wiem, czy pożarcie to humanitarna metoda walki z kretami, ale gdyby ktoś chciał się ich pozbyć z ogródka lub działki, to mogę wypożyczyć doświadczonego szkotnika.
Dużo emocji powodują także rolkarze. Jeden, ubrany w kombinezon z czarnej lajkry, najwyraźniej drażnił się z Wanią, bo gwizdał przejeżdżając koło niej. I jak wyjaśnić psu, że nie wolno gonić smakowicie wyglądających rolkarzy? Drugi strasznie wrzeszczał, gdy Wania biegła koło niego dopingując szczekaniem. Nie wiem, dlaczego ludzie reagują tak przesadnie. Może dlatego, że nie mają na co dzień kontaktu z żywymi zwierzętami, ale za to co chwila oglądają w telewizji historie o pitbulach zagryzających dzieci? Dobra wiadomość jest taka, że Wania już nie gania za rowerami (na razie?).
Wania skorzystała też z innych atrakcji spaceru, takich jak tarzanie się w żabie i brodzenie w bajorze. Teraz śpi zmęczona, wydzielając błotnisty zapach. A Sara przez cały spacer była grzeczna. Na prawdę trudno uwierzyć, że należą do tego samego gatunku.
środa, 21 marca 2012
Czy psy rasowe możemy uznać za dzieło sztuki? Jest wiele podobieństw pomiędzy pracą hodowców zaangażowanych w wystawy psów i pracą artystów bio- artu, pracujących w "materiale" biologicznym. Przede wszystkim liczy się efekt. Końcowy wytwór ma wywoływać jakieś reakcje u odbiorcy: zachwycać, szokować, powodować zgorszenie czy zazdrość. Po drugie, sam proces tworzenia jest zbliżony. Wielu artystów (i hodowców) stosuje metody selekcji i doboru, a na stworzenie "dzieła życia" potrzeba wiele pokoleń zwierząt (w przypadku owadów to zaledwie klika tygodni, lecz w przypadku hodowli psów może to trwać latami). Artyści i hodowcy coraz częściej sięgają po narzędzia technologiczne, używają sztucznych metod reprodukcyjnych czy innych metod umożliwiających stworzyć wymarzone dzieło. Pozostają jeszcze kwestie etyczne. Czy żywe, czujące organizmy (czy są to psy, owady czy inne stworzenia) mogą stać się przedmiotem sztuki? Czy mamy prawo ingerować w ich genom czy eksterier? Czy ważniejszy jest efekt wizualny, czy dobrostan zwierząt? Na te i inne pytania staram się odpowiedzieć w artykule zamieszczonym w najnowszym numerze Artmix. Zapraszam do lektury
poniedziałek, 19 marca 2012
Ufff, wróciłam. Zanim doprowadziłam psy do stanu używalności, minęło trochę czasu. Mimo tego, że podczas mojego wyjazdu miały świetną opiekę, rozłąka nie wpłynęła na nie najlepiej.
Moja wierna Sara tęskniła strasznie. Ten zawsze łakomy piesek nie chciał jeść, przez co trochę schudła. W dodatku ze smutku wylizała sobie dziurę w łapie. Gdy wróciłam, przez kilka dni i nocy nie odstępowała mnie ani na krok. Teraz łapa już wyleczona, pies odzyskał apetyt i powoli odzyskuje stracone kilogramy.
Na Wani mój wyjazd nie wywarł większego wrażenia. Od razu znalazła sobie nowe, fascynujące zadanie: pilnowanie ogrodu przed intruzami. Z zacięciem teriera, któremu nie przeszkadza śnieg ani syberyjskie mrozy, biegała wzdłuż płotu obszczekując wszelki ruch na drodze. Trudno ją było odwołać od tego zajęcia do domu. Efekty są dwa. Po pierwsze, cienka warstwa tłuszczyku, którą miała pod skórą, zamieniła się w mięśnie. Ma teraz muskulaturę prawie jak Rambo. Po drugie, gdzieś w krzakach rosnących koło płotu zgubiła swój rozum. Teraz jej piękna głowa jest zupełnie pusta. Braku rozumu Wania albo nie zauważyła, albo jej to nie przeszkadza. Wygląda na bardzo szczęśliwą i zadowoloną z życia. Edit: po zastanowieniu: fakt, że Wania robiła to, co chciała, bo mogła to robić, dowodzi raczej jej inteligencji, a nie braku rozumu. A że jest wesoła? Cóż, wiosna idzie (albo jednak cieszy się, że wrociłam :)
wtorek, 10 stycznia 2012
Tytuł to nie żart. Klonowanie psów jest już możliwe. I słono kosztuje. Pierwszym sklonowanym psem był chart afgański o imieniu Snuppy. Od tego czasu klonowanie zwierząt domowych traktowane jest jak pomysł na potencjalnie lukratywny biznes. Jednym z pierwszych przedsięwzięć tego typu był „Missyplicity Project” rozpoczęty przez firmę Genetic Savings & Clone w 1997 roku po wiadomościach o sukcesie klonowania owcy Dolly. Biznesmen John Sperling postanowił sprawdzić, czy należąca do jego przyjaciółki suczka o imieniu Missy też może być sklonowana. Naturalne zduplikowanie Missy nie wchodziło w grę, bo była wysterylizowanym kundelkiem, a jej rodzice byli nieznani. Firma rozpoczęła wart wiele milionów dolarów projekt mający doprowadzić do sklonowania Missy. Wieść o nim spowodowała szeroki odzew, a ludzie z całego świata zgłaszali się z chęcią sklonowania swojego niepowtarzalnego ulubieńca. Missy zmarła w 2002 roku, nie doczekawszy się powielenia. Jej DNA zdeponowane zostało w banku genów czekając na pomyśle zakończenie projektu. W końcu projekt zakończył się sukcesem. Na filmie widzimy fundatora projektu Missiplicity z klonami ukochanej suczki Missy. Podobno są dokładnie takie same, jak ona. Z wyglądu i z zachowania.
Pojawiające się jak grzyby po deszczu firmy nie szczędzą wysiłków i funduszy, aby projekt klonowania psów urzeczywistnił się i dał się realizować na komercyjną skalę. Firma Bio Arts wspomina o możliwości użycia biotechnologii do klonowania zwierząt domowych. Uzasadnienie jest porażająco proste: „wielu ludzi może być zainteresowanych klonowaniem kotów i psów, aby zastąpić ukochanego ulubieńca. Zamiast iść do sklepu zoologicznego i starać się znaleźć zwierzę przypominające twoje zwierzątko, możesz je po prostu sklonować, unikając dzięki temu trudnego zadania tłumaczenia dzieciom, że wysłałeś ich ukochane zwierzątko na farmę za miasto, gdzie może biegać cały dzień” Firma uprzedza jednak, że sklonowane zwierzę może różnić się wyglądam od oryginału, a także nie będzie posiadało wspomnień ani wiedzy. Pojawiające się masowo pomysły klonowania zwierząt domowych odzwierciedlają olbrzymie uczuciowe zaangażowanie jakie ludzie żywią do swoich zwierząt. Nowoczesna technologia obiecuje lekarstwo na śmierć i smutek związany ze stratą ukochanego zwierzęcia. Naukowcy z Korei Południowej zajęli się klonowaniem ulubieńców na komercyjną skalę. W telewizyjnym talk show kobieta opowiada o sklonowaniu swojego ukochanego psa o imieniu Truoble. Musiała go bardzo kochać- w domu ma jego portret zajmujący całą ścianę, oraz pościel z jego podobizną. A teraz jego klona o imieniu Double Trouble. Klon ulubieńca kosztował 50 tysięcy dolarów, co jak sama przyznaje, było poważną decyzją finansową. Ale czego się nie robi z miłości do zwierzaka? Zastanawiam się tylko, czy warto wydawać tysiące dolarów na kopię, skoro w schroniskach dla zwierząt przebywa tak wiele psów? |