Magdalena Dabrowska

Utwórz swoją wizytówkę
niedziela, 26 lipca 2009

Właśnie obraziłam się na moją psę. Poszłyśmy na spacer, a ona wlazła na ogrodzony plac budowy. Wołałam ją kilka razy, a ona nic, zupełnie nic. Biegała i grzebała w śmieciach, narażając się na niebezpieczeństwo. Wkońcu przybiegła, niosąc w pysku coś śmierdzącego. Zamiast przyjść, uciekła z tym świństwem w celu pożarcia. Pobiegłam za nią i dzięki temu wypuściła to świństwo z pyska, ale wcale nie miała zamiaru wrócić i przypiąć się na smycz. Chyba nie muszę wspominać, że stawałam się coraz bardziej wściekła. W końcu uwało mi się ją złapać i nakrzyczeć. Wiem, to podstawowy błąd wychowawczy właścicieli psów- piec ucieka, a gdy w końcu przychodzi, krzyczą na niego i karzą go. Wiem, wiem. Ale co można zrobić innego w takiej sytuacji?

Ta sytuacja uświadomiła mi, że najwyższy czas rozpocząć edukację psa. Ma już prawie rok, już nie jest szczeniaczkiem, więc powinna zachowywać się jak dorosły pies. Przychodzić na zawołanie, stawać przed przechodzeniem na jezdnię, iść ładnie na smyczy, zamiast biegać na wszystkie strony, nie pędzić na złamanie karku do nieznajomych psów. No i może nie wylegiwać się na kanapie... Dzisiaj zacznę od wygonienia jej z kanapy, a dalsze nauki poźniej.

 

środa, 01 lipca 2009

Podróżniczka i joginka, czyli właśnie Sara. Ostatnio podróżowałyśmy w różne miejsca, między innymi na jogę.

Nietety, Sara czasami cierpi na chorobę lokomocyjną, szczególnie przy dłuższych trasach wymiotuje. Wet poradził, żeby dawać jej połówkę awiomarinu, ale jest po tym jakaś taka... No poza tym nie wiem, czy wrzucać w psa tyle chemii. Ostatnio z jeżdżeniem jest lepiej (do Krakowa bez przygód!- 300 km). Zatrzymujemy się co 2 godziny na spacer i jakoś daje radę.

To kilka zdjęć z naszej podróży. Na pierwszym Sara w torbie. Nie podrózujemy tak często, ani nie noszę jej jak zabaweczki. Tu tak się złożyło, że szłyśmy na ślub cywilny i nie byłam pewna, jak instytucja państwowa zareaguje na zwierzaka, więc postanowiłam ją ukryć w torbie. Instytucja nie zauważyła, a pieska obserwowała co się dzieje.

To nie torebkowy piesek, ale w razie konieczności akceptuje i takie warunki przemieszczania się

 

Na kolejnym zdjęciu zdobywamy ruiny w Lanckoronie.

Lanckorona

 

W Lanckoronie byłyśmy na jodze. Sara też chodziła na zajęcia. To była konieczność, bo gdy tylko na chwilę zostawała sama w pokoju, zaczynała strasznie rozpaczliwie szczekać. Wcale się jej nie dziwię, bo to nowe miejsce, a ona jest jeszcze szczeniaczkiem. Na zajęciach zachowywała się za to bardzo grzecznie. Najpierw wszystko uważnie obserwowała, ale w końcu uznała, że joga to nic ciekawego, więc urządzała sobie relaksy. Ożywiała się tylko wtedy, gdy zaczynał się jakiś ruch na sali. Na przykład, gdy nauczycielka prosiła- chodźcie tu popatrzeć. Szłam popatrzeć, a ona szczekaniem dopominała się, żeby też ją zabrać.

Były też zabawne chwile. Raz nauczycielka pokazywała nam pranajamę (taki sposób oddychania) która wygląda tak, że wypuszcza sie powietrze z takim bzyczeniem jak pszczoła. Sara siedziała spokojnie koło niej. Nauczycielka wzięła głęboki oddech i zaczęła brzęcząco wypuszczać powietrze. Sara najpierw patrzyła na nią zaciekawiona, później zaczęła szczekać i skoczyła na nią liżąc ją po twarzy. Było wiele radości :)

 

 

Oczywiście, natychmiast się ze wszystkimi zaprzyjaźniła. Po jodze biegała po sali witając się ze wszystkimi. Jeśli ktoś reagował pozytywnie, to zaprzyjaźniała się bardziej, na przykład liżąc po twarzy lub innych częściach ciała.

Szybko znalazła też psich przyjaciół. Mieszkaliśmy w willi z pięknym ogrodem i w tym czasie przyjechało na wypoczynek kilka piesków. Najchętniej bawiła się z małym, czarnym Peperem. W labkiem Frankiem trzymała trochę większy dystans, bo jednak pies to nieco większych rozmiarów.

 

Sara z pieskami w Lanckoronie

Dość długo nie pisałam. Miałam dość pisania, skończyłam bowiem pewne wiekopomne dzieło. Teraz czas, by opisać minine sceny z życia westiczki.

Sara już na dobre zadomowiła się, w domu jak i wokół. Już nie boi się wychodzić- wręcz przeciwnie. Ma kilka znajomych piesków, jest ciekawa wszystkiego, co dzieje się wokoło. Podchodzi do pijaków na ławkach próbując nawiązać kontakt, a oni zazwyczaj się nią zachwycają. Właściwie zachwycają się nią prawie wszyscy :)

Poza tym w maju miała pierwszą cieczkę. †o ważny etap w życiu każdej suki. Przeszła ją bez większych problemów. Przez kilka dni była bardziej senna niż zazwyczaj, ale później wszystko wróciło do normy.

No i byłyśmy na trymowaniu. To taki zabieg podobny do depilacji. Usuwa się z psa matrwą sierść wyrywając ją, a przy okazji modeluje się go do odpowiedniego kształtu. Zostawia się krótszą sierść na grzbiecie i bokach, oraz "sukienkę" na dole. Tao to wygląda w teorii. W praktyce okazało się katastrofą. Na stronie internetowej zakładu fryzjerskiego dla psów wszystko wyglądało w pełni profesjonalnie. Pani fryzjerka (w właściwie trymerka) chwaliła się doświadczeniem, przebytymi kursami i zdobytymi dyplomami. Poszłyśmy tam. Pani zaczęła stymować Sarę. Ja przyglądałam się, bo nie miałam pojęcia co powinno się dziać, ani jaki powinien być efekt końcowy. A efekt końcowy był przerażający. Pies miał wyskubany, niemal do łysa, pas na grzbiecie, gdzieś o szerokości 10 cm, długości od szyji do nasady ogona. Ogonek też przycięty na łyso, tak że wyglądał jak ogonek jakiegoś szczurka. Biedny piesek o łysym grzbiecie, jak po jakiejś ciężkiej chorobie. Gdy z nią wychodziłam od fryzjera, było już ciemno. Ale poranne światło odsłoniło skalę tragedii. Poza łysym grzbietem pies wcale nie był zrobiony. Ani przód, ani tył. Minęło trochę czasu, zanim odrosła jej sierść na grzbiecie, a ja szukając pomocy w internecie znalazłam informacie o sposobie trymowania westa. Wyskubałam jej boki, obcięłam nożyczkami sierść na piersi. Gdy wszystko się wyrównało i odrosło pieska zaczęła przypominać prawdziwego westa.

 

Tu na zdjęciu widać, jak ma "wygryzione" boki i grzmiet. Po trymowaniu to normalne, ale to zdjęcie było zrobione 6 tygodni po trymowaniu. Możecie sobie wyobrazić jak wcześniej wyglądała psa, skoro przez 6 tygodni sierść jej dobiero tyle odrosła. Nigdy więcej złych tymerów. Teraz w żwiązku Kynologicznym dostałam numer telefonu do apni, która podobno się na tym zna. Jak się zrobi trochę chłodniej to się wybierzemy. Tym raziem wiecznię na zdjęciu psa "przed" i "po" żeby widać było różnicę.