Magdalena Dabrowska

Utwórz swoją wizytówkę
niedziela, 30 maja 2010

Psy wciągają. Nie wiem dokładnie, kiedy postanowiłam, że chcę wiedzieć jeszcze więcej na temat psów i w przyszłości zostać asystentem kynologicznym albo nawet sędzią. Tą długą drogę trzeba rozpocząć od zaangażowania się w działania oddziału ZKwP, asystowania podczas pracy sekcji lub pomocy w przygotowaniu wystaw. Najlepiej wybrać się do oddziału związku i porozmawiać z przewodniczącym oddziału lub z kierownikiem sekcji, w której pracach chcielibyśmy brać udział. Zazwyczaj bez problemu dostaniemy zgodę, bo praca na rzecz związku nie jest opłacana i przydają się każde ręce do pracy.

W minionym tygodniu rozpoczęłam asystowanie w sekcji III grupy (teriery), przyglądając się jednocześnie pracy sekcji IX grupy (psy ozdobne), która ma dyżury w tym samym czasie. Uczyłam się wypełniania kart, gdy trafiła się nie lada gratka- możliwość wyjazdu na przegląd miotu bulterierów. Zdecydowałam się jechać i nie żałuję.
Przyjechaliśmy do niewielkiego gospodarstwa poza miastem, w którym mieściła się hodowla kenelowa. Zabudowania gospodarcze przerobione były na wybiegi i kojce dla psów. Zawsze byłam przeciwna takim hodowlom, więc po przyjeździe na miejsce byłam lekko przerażona. Właściciel oprowadził nas po hodowli, pokazał kilka psów, w tym jednego, który został odkupiony od poprzednich właścicieli w strasznym stanie i odratowany. Okazał się pięknym psem i teraz odnosi spore sukcesy na wystawach. Później przeszliśmy do domu, gdzie były szczeniaki z mamami. W kojcach spały tłuściutkie, czyściutkie i szczęśliwe szczeniaczki. Hodowca pokazywał je nam, opowiadał o rodzicach i o tym, co przejęły po którym. Już patrząc na takie 7 tygodniowe maleństwa umiał powiedzieć, które ma spore szanse na zostanie championem, a które powinno raczej pozostać na domowej kanapie. Co ciekawe, także cena szczeniaka była uzależniona od jego predyspozycji wystawowych. Mimo, że w hodowli było kilkanaście psów, właściciele potrafili wiele powiedzieć o każdym z nich, znali jego słabe i mocne strony, upodobania itp. Gdy wyjeżdżaliśmy, byłam przekonana, że w dobrze prowadzonej hodowli kenelowej psy mogą być równie szczęśliwe i zadbane, jak w hodowlach domowych.
Słuchałam, oglądałam zdjęcia szczeniaków po urodzeniu, porównywałam zgryzy i wypełnienie czaszki, oglądałam zdjęcia dorosłych psów i stojące w pobliżu mamy szczeniąt, żeby zrozumieć o co chodzi z tym kształtem głowy czy kątowaniem. Obmacywałam szczeniaczki, starając się wyczuć jąderka u piesków. U suczek niczego nie trzeba było szukać. Gdy później czytałam wzorzec rasy wiedziałam już- mniej więcej- jak go rozumieć.

czwartek, 27 maja 2010

Dzięki uprzejmości pani Evy z hodowli Grandiflora mogę zamieścić kilka zdjęć Sary z wystawy w Radomiu. Sarka śliczna, ale musimy jeszcze poćwiczyć ładne stanie.

wystawa Radom

wystawa Radom

wystawa Radom

wystawa Radom

 

 

wtorek, 25 maja 2010

Na naszej drugiej wystawie w Radomiu poszło nam lepiej niż na pierwszej. Sara otrzymała ocenę doskonałą i 3 miejsce, zdobywając dla nas pierwszy w życiu medal (i mam nadzieję, że nie ostatni). Tym razem obyło się bez skoków na ringu, bez zrywania się z ringówki i samowolnego biegania . Sara szła jak błyskawica, a ja wraz z nią, napędzana adrenaliną. :)
Zdaniem pani sędziny Marii Zasady Sara jest mocną suką o dobrym kośćcu, ale mogła by być nieco krótsza. Ma dobry wyraz głowy, prawidłowe kątowanie kończyn, dobrą gatunkowo szatę i ruch. Co osoba, to opinia. Już nie wiem, czy ma mocne kości, czy cienkie „kości Mac Gregora”.

Podobało mi się zdecydowanie bardziej niż na pierwszej wystawie, bo spotkałam kilka znajomych osób, które poznałam dzięki forum terierkowa i dogomanii. Miałam okazję do poznania pani Teresy Schweizer, która jako jedna z pierwszych w Polsce zaczęła hodować westy. Był pan Sławek Stępniewski i Ania, którzy udzielili mi cennych wskazówek, jak przygotować Sarę do wyjścia na ring. Gdy z nią przyjechałam, byłam pewna, że już jest wytapirowana ma maxa i wygląda już wystarczająco nienaturalnie. Jednak dowiedziałam się, że mam ją jeszcze natrzeć żelem, tapirować, spryskać lakierem, tapirować, a później rozczesać przed samym wejściem na ring.

Poprzednia wystawa wybiła mi z głowy pomysł wystawiania naturalnego psa. Trzy dni wcześniej zaczęłam przygotowania. Najpierw Sara została umyta w mące ziemniaczanej. Psa trzeba najpierw spryskać wodą z dodatkiem szamponu dla psów, by cała sierść była lekko wilgotna. Później całego psa oblepiamy mąką ziemniaczaną, starając się ją równomiernie rozprowadzić na całej sierści.

przygotowanie do wystawy

 

Następnie pozwalamy psu się otrzepać.

maka

 

Wilgotna mąka ziemniaczana tworzy rodzaj kleju, do którego przykleja się brud, więc łatwo jest go usunąć z psa. Później szczotką (ja używam takiej z dość sztywnego włosia) zaczesujemy nadmiar mąki, wraz z przyczepionym do niej brudem.

przygotowanie do wystawy

 

Po umyciu mąką ziemniaczaną Sara lśniła białością, lecz to był dopiero początek zabiegów. Gdy sierść była sucha, natarłam ją specjalnym podkładem, a później wtarłam kredę. A później tapirowałam głowę i łapy, spryskując efekt końcowy lakierem. Czynności te powtórzyłam przed wyjazdem na wystawę i na samej wystawie. Nic dziwnego, że Sara uciekała od tych zabiegów pielęgnacyjnych i była nimi totalnie znudzona.

przygotowanie do wystawy

przygotowanie do wystawy

Natapirowaną i polakierowaną głowę i łapy trzeba rozczesać przed wyjściem na ring. Tu Sara jest rozczesywana, podobnie jak jej kolega Garry.

przygotowanie do wystawy

 

Efekt tych wszystkich zabiegów przerósł moje oczekiwania.

przygotowanie do wystawy

 

przygotowanie do wystawy

sobota, 15 maja 2010

Każdy właściciel psa marzy, by jego pupil był psim odpowiednikiem Angeliny Jolie (lub Brada Pitta), powalającym urodą i charyzmą. Szczególnie początkujący właściciele psa przed wyjazdem na wystawę chcieliby wiedzieć, z czym jadą. Czy mój pies jest ładny i pprawnie zbudowany? Czy zostanie championem? A może jest tylko zwykłym przeciętniakiem, którego nie warto wozić po wystawach?

Dla wielu właścicieli ich pies JEST tak piękny, jak Angelina Jolie, więc jeśli na wystawie nie zajmie pierwszego miejsca lub nie wygra rasy, to skandal. Właściciel wymyśla mnóstwo usprawiedliwień: sędziowie nie znają się na psach, wygrywa nieprawidłowy typ, sędzia był skorumpowany, albo wręcz że cały Związek Kynologiczny to mafia, spisek i promują tylko tych, którzy mają znajomości. Niemal wszyscy wystawiający zgadzają się, że wygrało największe brzydactwo. Oczywiście, jeśli wygrywające brzydactwo jest naszym pieskiem, jest najpiękniejsze.

Starożytni Grecy mięli piękny postulat, którego wypełnienie zapewniało szczęście i przychylność bogów: „Poznaj samego siebie”. Wielu właścicieli psów byłoby dużo szczęśliwszych i dużo szczęśliwsi byliby ludzie wokół nich, gdyby zechcieli krytycznie przyjrzeć się swoim psom, poznać ich wady i zalety. To, że pies ma kiepski zgryz czy trochę za długie łapy nie znaczy, że przestał być najbardziej ukochanym pieskiem na świecie. Znajomość anatomii oraz umiejętność interpretacji wzorca rasy może sprawić, że kiedyś uda się nam kupić/ wyhodować na prawdę pięknego psa, bo będziemy rozumieć, „o co chodzi” w danej rasie. To na pewno trudne, bo wymaga wyjścia poza subiektywne „mój pies jest najpiękniejszy”, wymaga krytycyzmu, dystansu i pokory. Jednak nikt nigdy nie obiecywał, że poznanie i zdobywanie wiedzy będzie łatwe.

Każda rasa ma opis standardu. Czytałam go kilka razy i zawsze trudno mi było ocenić, czy Sara jest „mocno zbudowana” lub czy ma „lekko wysklepioną” mózgoczaszkę. Standard można interpretować na wiele sposobów, przez co bardziej przypomina on „Biblię” niż równanie matematyczne. Opis, który dostaje pies wraz z oceną z wystawy jest różnej jakości, czasem to 2 linijki zawierające informacje z trudem poddające się interpretacji. Trzeba zobaczyć dużo psów, żeby umieć je porównać i wypracować swoją opinię na ich temat. I zawsze trzeba pamiętać, że uzyskana w ten sposób wiedza nie jest pewna i niezmienna, ale subiektywna i kontekstualna. Cały problem wystaw psów sprowadza się do braku pewności, braku niepodważalnych dowodów, że to właśnie ten a nie inny pies jest najpiękniejszy.

Podczas ostatniego trymowania pan Sławek (z hodowli terierów Victis) powiedział mi kilka ciekawych rzeczy o mojej psie. Jego zdaniem nie jest psią Angeliną Jolie, ale jest „bardzo przyzwoitą suką” :). Z długiego wykładu zrozumiałam tyle:
Ma dobre tylne kątowanie i wysoko osadzony ogon. Mogła by mieć lepszy przód i ustawienie łopatek- dzięki temu miałaby lepszy kłąb i trochę inaczej nosiła głowę. Ma lekko „francuski” przód- to znaczy, że przednie łapki są ustawione nieco na boki.
Po francuskim dziadku Robie odziedziczyła „sylwetkę Mac Gregora” i zapewne te francuskie ustawienie przodu. To kwestia preferencji, czy wolimy psy o bardziej delikatnej budowie (jak w przypadku linii „Moulin de Mac Gregor”) czy bardziej masywniejszy typ prezentowany na przykład przez psy z hodowli „Alborada”.


Zdaniem pana Sławka mnóstwo westie ma taką budowę anatomiczną i dlatego powszechnie znane są sposoby na zakrycie tych niedoskonałości. Z tyłu zostawia się westikom „galotki”, które pełnią podobną rolę jak silikonowe implanty w pośladkach Jennifer Lopez. Pies ma wtedy lepszy kształt, poprawiają się proporcje, kątowanie wydaje się bardziej wydatne, a nasada ogona nie wystaje poza psa. Nagminne jest też „rozciąganie” psa na wystawach- odciąga się tylne łapy bardzo do tyłu, przez co wyglądają na lepiej kątowane. Jednak to odbija się na ustawieniu grzbietu, który przestaje być równoległy do ziemi a staje się pochyły. „Francuski” przód zakrywa się mocno tapirując przednie łapy i zapuszczając jak najdłuższą sierść. Gdy przednie łapy wyglądają jak ubrane w bardzo szerokie spodnie „dzwony” trudno jest wypatrzeć łapki i sposób ich ustawienia. Brak kłębu to niestety norma u wielu westie, więc zakrywa się to tapirując sierść na tyle szyi i zostawiając tam dłuższy włos.

Sara ma też kilka zalet. Ma bardzo dobrej jakości, szorstką i grubą sierść, która nie jest lokowana. Ma bardzo dobrą pigmentację: czarne oczy i ciemne obramowanie oczu, czarny nos i ciemną pigmentację końcówek uszu. Byłam przekonana, że czarny nos to znak rozpoznawczy westika, ale podobno spotyka się całkiem sporo westie o brązowym czy jaśniejszym nosie. Są nawet specjalne farby, którymi można pomalować na czarno nos. Szok. No i w końcu Sara ma świetne zęby: dobry nożycowy zgryz i prawie komplet zębów. Zęby ma tak dobre, że mogłabym ją wystawiać nawet w Niemczech. W każdym kraju specyficznie interpretuje się wzorzec rasy, a w Niemczech akurat wielką wagę zwraca się na zęby. Jeśli pies ma dobre zęby, to cała reszta ma mniejsze znaczenie.

Każdy pies ma swoje mocne strony, które trzeba eksponować i słabsze, które trzeba ukryć. Jeśli ktoś mówi, że jego pies jest bez wad i w ogóle najpiękniejszy, to albo kłamie, albo nie zna standardu rasy. Z uwagą słuchałam opinii pana Sławka. Teraz przed nami jeszcze kilka wystaw, a co sędzia, to inny punkt widzenia. Będę mogła sama obejrzeć różne typy westików i zacząć samodzielnie wyrabiać sobie opinię o tym, co mi się w nich podoba i jak na tym tle wypada Sara.

wtorek, 11 maja 2010

Wśród miłośników westie często słyszy się opinię, że rasa staje się coraz bardziej popularna, co na pewno jej nie służy. Czy westie rzeczywiście są popularne?

W czasopiśmie „Pies” (nr 2 z 2009 roku) opublikowane zostało sprawozdanie Związku Kynologicznego w Polsce na temat ilości zarejestrowanych psów rodowodowych najpopularniejszych ras. Westie zajmują 10 miejsce, poprzedzane przez rasy takie jak owczarek niemiecki (1 miejsce), yorkshire terrier (2 miejsce), labrador retriever (3 miejsce), goldeny, jamniki, sznaucery, amstaffy, husky i berneński pies pasterki. W 2008 roku żyło w Polsce 1296 rodowodowych westie zarejestrowanych w Związku. Czy to dużo? Szacunkowe dane na temat liczby wszystkich psów żyjących w Polsce wspominają o 6-8 milionach psów, a może być ich więcej. Wśród tych milionów jest 1296 rodowodowych westików.

Po 1989 roku mieliśmy w sumie więcej demokratycznie wybranych posłów na Sejm RP, niż mamy westie. Innymi słowy: statystycznie mamy większe szanse, że w naszym sąsiedztwie mieszka były lub obecny poseł/posłanka, niż westie. I bardziej prawdopodobne jest, że w czasie niedzielnego spaceru spotkamy posła, niż rasowego westie. Myślę, że to porównanie dobitnie pokazuje, jak niewielkie jest pogłowie westików w Polsce. Być może za wrażenie popularności rasy odpowiedzialne są psy „prawie jak westie”, których faktycznie jest coraz więcej (w mojej okolicy 6, i tak dużo mniej niż „prawie jak yorków”).

niedziela, 09 maja 2010

Majowa niedziela, trochę słoneczna, chociaż zbierające ciemne chmury zapowiadają deszcz. Mimo wszystko postanowiłam wybrać się z Sarą na dłuższy spacer do lasu, żeby mogła się porządnie wybiegać na cały tydzień. Niestety, niestety poszłyśmy na ten spacer, zamiast zostać w domu. Do tej pory jestem roztrzęsiona, a za chwilę idziemy do weterynarza.

W weekendy nad zalewem są tłumy ludzi, rowery, dzieci i psy, więc ciężko jest spuścić psa ze smyczy. Dlatego postanowiłyśmy iść w miejsce mniej uczęszczane, do Starego Lasu. Do lasu idzie się przez pola mało uczęszczaną drogą. Czasem przejedzie po niej rower, ale zazwyczaj okolica jest pusta. Tak było dzisiaj. Przeszłyśmy już spory kawałek nie spotykając nikogo, gdy zobaczyłam na ścieżce rowerzystę z biegnącym obok dużym, czarnym psem w typie owczarka długowłosego. Rowerzysta zatrzymał się, przywołał psa i czekali, aż przejdziemy. Sara szła przy nodze, zaczęłyśmy wymijać rower. Pies się patrzył na Sarę, ona nie zwracała na niego uwagi i omijała go łukiem. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że owczarek wyrwał się właścicielowi i rzucił na Sarę. Próbowała uciekać, ale dopadł ją. Słyszałam skowyt Sary, pies trzymał ją w zębach i tarmosił, na domiar złego w brudnej kałuży. Przeraziłam się. Nie myśląc długo rzuciłam się na tego czarnego psa, okładając go po głowie i karku smyczą, a właściwie taką masywną plastikową obudową od smyczy samozwijającej się. To podziałało, bo pies puścił Sarę i pobiegł do właściciela. Tamten stał dość zdziwiony, złapał psa i trochę go beształ. Ja oglądałam Sarę. Bolała ją łapa, bo unosiła ją do góry. Była niesamowicie brudna, bo pies tarmosił ją w kałuży i błocie. Oglądałam, czy nie ma jakiegoś krwawienia, ale nie bardzo było coś widać, bo była cała brudna. Właściciel owczarka zaczął tłumaczyć, że nie wie, co się stało, bo pies nigdy nikogo nie zaatakował i dlatego on nawet nie wziął na spacer kolczatki (nie wspominając o kagańcu). Bardzo przepraszał i podał swój numer telefonu na wypadek, gdyby trzeba było pokryć jakieś koszty. Zapisałam ten numer- ciekawe czy będzie prawdziwy, zapytałam o szczepienia psa- podobno są. W sierści Sary nie było nic widać, trochę się trzęsła, ale mogła iść nie kulejąc.

Wróciłyśmy do domu, a w międzyczasie pojawiło się krwawienie na łapie i na grzbiecie. Gdy ją wykąpałam, znalazłam na łapie i na karku dwie rany wielkości kła, które zostały po ugryzieniu. Przemyłam je wodą utlenioną, psa zaczęła strasznie piszczeć. Zastanawiałam się, co dalej- zostawić to w takim stanie, czy jechać do weterynarza (gdzie, w niedzielę wieczorem?). Na szczęście weterynarz, do którego chodzimy dał mi kiedyś swój domowy numer zapewniając, że możemy dzwonić w każdej sytuacji. Zadzwoniłam i opowiedziałam, co się stało. Powiedział, że w takiej sytuacji najlepiej jest podać antybiotyk. Rany szarpane po ugryzieniach goją się paskudnie, bo wnikają przez nie bakterie. Sama ranka jest niewielka i szybko się zasklepia, ale pod spodem zaczyna zbierać się ropa, bakterie beztlenowe się namnażają i robi się problem, ropienie itp. Podanie antybiotyku od razu zazwyczaj zapobiega takim problemom. Podał mi namiary na gabinet, który jest dzisiaj czynny i zaraz idziemy z Sarą na zastrzyk. Ach, feralna niedziela.

U weterynarza Sara dostała dwa zastrzyki- antybiotyk i przeciwbólowo- przeciwzapalny. Jutro mamy przyjść na kontrolę, żeby sprawdzić, jak się goi. Wtedy będzie wiadomo, co z dalszym leczeniem.

Po dwóch zastrzykach spełniło się jednak stare powiedzenie "goi się jak na psie". Po jakimś tygodniu po rankach nie było już ani śladu. Całe zdarzenie też nie wywarło na Sarze większego wrażenia. Nadal radośnie reaguje na widok psów, wciąż jest pogodna i dzielna.